A Midsummer Night’s Dream | Bridge Theatre, London

Wirujące na taśmach seksowne elfy, dudniące z głośników przeboje, aktorzy zostawiający pamiątkowe selfie w telefonie przypadkowego widza(klik) … to zaledwie kilka z całego worka atrakcji, które dla swoich gości wymyślił gospodarz letniej imprezy w Brigde Theatre – Nicholas Hytner. Dwa lata temu brytyjski reżyser wystawił interaktywny, bardzo przystępny i zaskakujący w formie spektakl na podstawie Juliusza Cezara Szekspira. Widzów ulokował w samym centrum akcji, byli oni wiwatującym tłumem w czasie triumfalnego powrotu Cezara do Rzymu, jak i świadkami jego morderstwa, a nawet uczestnikami wojny domowej. Teraz w zabawnej wersji Snu nocy letniej Hytner zaprasza publiczność na letnie przyjęcie, podczas którego psotliwe elfy powodują w życiu miłosnym szekspirowskich bohaterów trochę więcej chaosu niż przewidział to sam dramaturg.

Juliusza Cezara oglądałam z „bezpiecznych” miejsc na galerii, nie wiedząc, co tak naprawdę znaczy „immersive” a la Hytner. Ale już na A Midsummer… bez chwili wahania kupiłam (zresztą, sporo tańsze) bilety stojące, by być bliżej akcji i aktorów. W praktyce nie zawsze jest kolorowo. Trzeba trzymać się pewnych zasad, o czym przekonałam się już w momencie, gdy przekraczałam próg auditorium. Pierwsza naczelna zasada brzmi: stosuj się bezwzględnie do poleceń obsługi teatru. Jeśli każą zostawić torebkę w szatni, to zostawiasz ją bez protestów. Jeśli każą się przesunąć, to robisz kilka kroków w tył, by przepuścić aktorów i elementy scenografii. Gdy każą złapać za rękę stojącego obok nieznajomego, to łapiesz. A gdy mówią, ze masz tańczyć, to wirujesz w rytm muzyki… i nie marudzisz. Wszystkie drobne niedogodności rekomensuje jednak cudowna atmosfera wokół sceny oraz możliwość bliskiego kontaktu z aktorami, którzy znienacka poklepią po ramieniu, zawadiacko puszczą oczko czy rzucą dowcipną uwagę w twoją stronę.

Hytner jak zwykle podchodzi do Shakespeare’a z ogromnym dystansem. Majstruje przy tekście i postaciach, stosując podobny chwyt do tego, jaki zastosowała Josie Rurke w Measure for Measure. Bohaterowie trzymają się swoich imion i płci, ale ich role ulegają zamianie. U Hytnera to królowa Titania (Gwendoline Christie) rozdaje karty w tej opowieści. Za pomocą magicznych czarów sprawia, że król elfów – Oberon (Oliver Chris) zakochuje się bez pamięci w lichym aktorzynie z oślą głową (Hammed Animashaun). Zabawa z tekstem rodzi niebezpieczne konsekwencje (głównie dla naszej przepony), gdy miłosne igraszki bohaterów przyjmują przezabawny obrót. Aż mnie korci, by powiedzieć co dzieje się na scenie, ale skoro przedstawienie ma trafić na ekrany kin, to mogłabym bezczelnie zepsuć frajdę tym, którzy nie mogli zobaczyć spektaklu na żywo.

Reżyser ewidentnie próbuje powtórzyć sukces Juliusza Cezara. Wystarczy spojrzeć na zepół kreatywny przedstawienia, to niemalże kalka poprzedniej produkcji (z odpowiadającą za pomysłową scenografią Bunny Christie na czele). Ale tym razem Hytner dodał jeszcze specjalistów od ruchu scenicznego i akrobacji na taśmach, by stworzyć efektowny, podniebny balet. Piruetów nauczyć musieli się aktorzy wcielający w role elfów (choć część elfów to profesjonaliści, np. mistrzyni świata w pole dance).

David Moorst, odgrywający rolę żartownisia Pucka, większość czasu spędza w powietrzu, zachwycając zwinnością godną sportowca. W końcu fachu uczył się od najlepszych – przez ponad trzy miesiące trenował w National Centre for Circus Arts. Jego Puck to najbarwniejsza postać przedstawienia – dowcipny, uszczypliwy, niepokorny, wiruje na taśmie niczym atleta na zawodach, a gdy dotknie ziemi rozbawi dowcipem lub uszczypliwą uwagę skierowaną do widzów. Młody aktor komicznym wyczuciem zabłysnął już w niewielkiej roli leniwego praktykanta w pokazywanym w kinach Allelujah!, ale teraz jako pomocnik Tytanii rozwija skrzydła i bezczelnie kradnie sceny gwieździe spektaklu Gwendoline Christie. Znakomicie wypada również Hammed Animashaun jako Bottom, który niespodziewanie staje się obiektem westchnień wrażliwego Oberona. Fantastyczny Oliver Chris w roli tego ostatniego robi maślane oczy i kusi swojego wybranka wirując w rozchełstanej koszuli do Love on the Top Beyoncé. Chemia między Chrisem i Animashaun jest niezaprzeczalna i dźwiga cały ciężar reżyserskiej wizji, w której płeć bohaterów nie ma znacznia w świecie miłosnych podbojów. Zresztą, podobną seksualną otwartość wykazują Hermia, Demetrius, Lysander i Helena, czyli postacie uwięzione w za sprawą czarów w miłosny czworokąt.

A Midsummer Night’s Dream to typowy dla Hytnera teatr atrakcji. Zaskakująca ingerencja w szekspirowski tekst idzie w parze z intrygującą formą i taką dawką humoru, z jaką chyba jeszcze nikt nie wystawiał tego dramatu. W tej mnogości pomysłów i dowcipów, trochę gubi się poetyckość szekspirowskiego dzieła. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego…

Przedstawienie kończy się zaś imprezą, podczas której widzowie tańczą do pop przebojów i podrzucają wielkie piłki -księżyce. Wychodząc z Bridge Theatre przypomniały mi się dawne czasy, gdy na zakończenie świetnej imprezie DJ puszczał Porę na dobranoc… Trzeba było się zwijać, choć chętnie zostałoby się dłużej.

(M.)

Zdjęcia: Manuel Harlan

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s