Julius Caesar (Bridge Theatre, London)

Juliusz Cezar nigdy nie należał do moich ulubionych dramatów Shakespeare’a. Ale gdy planowałam styczniowy maraton teatralny w Londynie (wrażenia spisałam tutaj), pewne było, że najnowsza inscenizacja sztuki znajdzie się w kalendarzu. Powodów było kilka. Dramat pojawił się w repertuarze Bridge Theatre – nowego, kuszącego miejsca na kulturalnej mapie Londynu. Sztukę wyreżyserował Nicholas Hytner, przez wiele lat dyrektor artystyczny National Theatre (obecnie współzałożyciel Bridge Theatre), twórca wielu znakomitych spektakli (chociażby Człowiek dwóch szefów). A w obsadzie znaleźli się doskonali aktorzy: Ben Whishaw, Michelle Fairley i David Morrissey. Poza tym obiecywano bardzo aktualne, nowoczesne spojrzenie na dramat Shakespeare’a.

I słowa dotrzymano…

Gdy wieczorem dotarłam do teatru, położonego tuż obok zabytkowego Tower Bridge, zgromadził się już spory tłum. I choć do rozpoczęcia przedstawienia brakowało jeszcze 15 minut, dźwięk dzwonka nie musiał poganiać widzów, by zajęli swoje miejsca. Wszyscy z zaciekawieniem zaglądali na widownię, zaintrygowani hałasem dochodzącym ze sceny.

Przez chwilę poczułam się jak na rockowym koncercie. Na podeście grał zespół muzyków, a zebrany pod sceną nieśmiały tłum widzów rozgrzewał pojawiający się co kilka minut David Morrissey w stylowym dresie. Obsługa teatru sprzedawała napoje, gadżety i koszulki. Impreza się rozkręcała, a ja grzecznie podreptałam do miejsca na najniższej galerii. Kupując bilety wiele miesięcy temu, wybrałam bezpieczne miejsce siedzące, gdyż wówczas nie było jeszcze zbyt wielu informacji o koncepcji spektaklu… Dzisiaj – bez chwili zastanowienia – wzięłabym miejsca stojące, by w pełni nacieszyć się tym wyjątkowym przedstawieniem.

Julius Caesar / Bridge Theatre, London

Mini koncert rockowy okazał się początkiem serii atrakcji, które na ten wieczór zaplanował Nicholas Hytner. Reżyser postanowił bowiem zaangażować publiczność w sceniczną opowieść. Osoby ze stojącymi miejscami wpuszczono na scenę, mieli być oni wiwatującym tłumem w czasie triumfalnego powrotu Cezara do Rzymu, jak i świadkami jego morderstwa, a nawet uczestnikami wojny domowej. Niespodziewanie spadały na nie drobne zadania, jak trzymanie flagi czy plakatu z wizerunkiem Juliusza i transparentów. Podwyższana scena wyrastała raz z jednej, raz z drugiej strony, a widzowie posłusznie i sprawnie przemieszczali się między nimi, by być w samym centrum wydarzeń. Z każdą minutą coraz bardziej zacierała się granica między widzami, a aktorami. Ci ostatni wychodzili na scenę z różnych miejsc, mieszali się z tłumem.

Zaproponowana przez Hytnera inscenizacja była nie tylko brawurowa, ale również wielce ryzykowna. Wystarczyło trafić na grupę bardziej krnąbrnych widzów, by postawić na szali powodzenie całego wieczoru. Myślę, że twórcy opracowali plan B, na szczęście nie trzeba było po niego sięgać, bo widownia reagowała niezwykle żywiołowo na komendy obsady i ekipy technicznej. Wtedy trudno było mi uwierzyć, że wszystko to przećwiczono z prawdziwą widownią zaledwie klika razy (byłam na preview, to był dopiero czwarty pokaz).

Napisany w 1599 roku Juliusz Cezar z łatwością poddaje się współczesnej przeróbce, stając się trafnym komentarzem do dzisiejszych czasów. Odczuć to można już w pierwszych minutach przedstawienia, gdy witany owacyjnie David Calder jako Juliusz Cezar rzuci w tłum zwolenników czerwoną czapeczkę z daszkiem, a na transparentach pojawią się puste slogany w stylu (Do It!). Choć tytułowy bohater sztuki przefiltrowany jest przez postać obecnego prezydenta USA, to jednak mówiąca z wyraźnym brytyjskim akcentem obsada sugeruje szerszy kontekst. Jestem przekonana, że Brytyjczycy znajdą w bohaterach dramatu sporo podobieństw do rodzimych polityków i mnóstwo nawiązań do politycznej sytuacji ich kraju, zwłaszcza po Brexicie. Dla mnie – turystki zafascynowanej tamtejszą kulturą – londyński spektakl opowiada bardziej uniwersalną historię. To opowieść o ludziach chorych na władzę, charyzmatycznych liderach, którzy potrafiących zjednać sobie tłumy, ale jednocześnie nie zawszą są przygotowani do tego, by mądrze i sprawiedliwie rządzić. Co gorsza, obalenie złej władzy nie oznacza wcale lepszej przyszłości dla obywateli. Po złych przywódcach, mogą przyjść jeszcze gorsi.

Aktorzy doskonale zdają się rozumieć reżyserską wizję, dlatego na próżno szukać w obsadzie słabszego ogniwa. Cieszę się, że udało mi się w końcu zobaczyć Bena Whishawa w doskonałej sztuce (po jesiennym słabym Against czułam niedosyt, choć Brytyjczyk spisał się na medal). Podobnie jak Q w ostatnich filmach o Bondzie, tak samo jako Brutus w Juliuszu Cezarze jest „mózgiem” operacji. To typ intelektualisty, który na rewolucyjnej teorii zna się lepiej niż na praktyce. Znacznie pewniej czuje się w otoczeniu książek, niż na mównicy (tu poci się i nerwowo zagląda do notatek). Whishaw gra subtelnie i oszczędnie, ale to wystarczy, by skupić na sobie uwagę publiczności. Jest bowiem mistrzem mikro reakcji, ukrytych głęboko pod powierzchnią niemalże niewzruszonej twarzy. Znakomici są David Calder jako Juliusz Cezar oraz David Morrissey jako Marek Antoniusz – urodzeni przywódcy, który bez trudu potrafią zaskarbić sobie sympatię ludu. Ten drugi daje popis aktorskich możliwości w mowie pogrzebowej. Dzięki płciowej przemianie kilku kluczowych bohaterów dramatu, możemy podziwiać świetne kobiece kreacje aktorskie w tej bardzo męskiej sztuce: Michelle Fairley w roli bystrego i trzeźwo myślącego Kasjusza oraz Adjoa Andoh w roli uszczypliwego Kaska.

Wersja dramatu Shakespeare’a, jaką zaoferował Nicholas Hytner, bardzo przypadła mi do gustu. Odważna, intrygująca forma, współczesny kontekst oraz świetna dynamika spektaklu spowodowały, że dwie godziny upłynęły w oka mgnieniu. Wychodziłam z Bridge Theatre z uczuciem cudownie spędzonego czasu. Obawiam się tylko, że londyński spektakl może bardziej spodobać się młodszym pokoleniom, którzy docenią pomysłowością twórców i bez trudu wybaczą pozbawienie słynnego dramatu jego poetyckiego brzmienia (na dowód tej tezy dodam, że w moim rzędzie kilka dojrzałych osób opuściło teatr, kręcąc pod nosem, że to nie dla nich).

(M.)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s