Network (Lyttelton Theatre, London)

Adaptowanie scenariuszy filmowych na potrzeby produkcji teatralnych może przysporzyć licznych problemów. Przekonał się o tym Ivo van Hove zaledwie kilka miesięcy temu wystawiając w Barbican Theatre Opętanie z Judem Law. Spektakl, pomimo bardzo wyrazistej kreacji Lawa oraz ciekawej oprawy wizualno-muzycznej, nie spełnił oczekiwań publiczności i krytyków.  Porażka nie odstraszyła jednak belgijskiego reżysera, który chwilę później na rozległej scenie Lyttelton mieszczącej się w National Theatre decyduje się na teatralną przeróbkę Sieci, oscarowego hitu z 1976 roku. Tym razem van Hove ma znacznie więcej do zaoferowania. Ma do dyspozycji nie tylko świetnego Bryana Cranstona, który zasłużenie (!) odcina kupony po rewelacyjnej roli w serialu Breaking Bad, ma również niezwykle nośny temat. Oglądając spektakl aż trudno uwierzyć, że opowiadający o brutalnej rzeczywistości mass mediów, Network liczy sobie przeszło 40 lat! Okazało się, że wydarzenia z lat siedemdziesiątych śmiało można przenieść do nowoczesnego studia nagrań, naszpikowanego nowościami technologicznymi, z elektroniczną muzyką wygrywaną na żywo przez muzyków/Dj-ów i z sąsiadującą ekskluzywną restauracją, po której biegają prawdziwi kelnerzy, podając prawdziwe rarytasy, wprost na stoliki zarezerwowane dla prawdziwej (!) publiczności.

kulturalnie po godzinach (6)

Słupki i rankingi popularności wydają się być domeną współczesnych mediów. Jednak historia niejakiego Howarda Beale’a (Cranston) udowadnia, że programy telewizyjne i ich prowadzący zmagali się z nimi również 40 lat temu. Spektakl otwiera scena, w której główny bohater, dziennikarz stacji UBS, przy szklaneczce whisky zwierza się koledze po fachu, że jutro poprowadzi swój pożegnalny program. Następnego dnia załamany decyzją o zwolnieniu, Howard oświadcza na wizji, że zamierza się zabić. I tu następuje niespodziewany zwrot akcji. Bezsilny i rozżalony mężczyzna grożący własną śmiercią w najlepszym czasie antenowym staje się sensacją na skalę krajową. Słupki oglądalności szybują w górę z prędkością światła, a Beale niezamierzenie staje się celebrytą. Nie boi się bowiem mówić prawdy, nawołuje innych do wyrzucenie z siebie złości (nakazuje wykrzykiwać:  Jestem wściekły jak diabli i nie wytrzymam tego dłużej!). Mężczyzna z zacięciem do prorokowania i kaznodziejskich wywodów to lekarstwo na spadek popularności stacji oraz niezły kąsek dla szukającej sensacji, młodej dyrektorki ramówki, Diane (Michelle Dockery), która zamierza wyeksploatować nieszczęśnika do granic możliwości. 

kulturalnie po godzinach (4)

Postać Howarda Beale’a trochę przypomina Waltera White’a z Breaking Bad. Co prawda, ten pierwszy w przeciwieństwie do serialowego bohatera nie wkracza na ścieżkę zła, ale podobieństwa można doszukać się na innych płaszczyznach. Obaj mężczyźni zostali poddani drastycznym próbom. Chory Walter podejmuje drastyczne środki, by zabezpieczyć byt swojej rodziny po jego śmierci, natomiast upokorzony zwolnieniem z pracy Howard – próbuje walczyć o dobre imię. Skrajne sytuacje, w których obaj się znaleźli powodują, że mężczyźni dokonują nieracjonalnych wyborów, popadają w obłęd, zatracają się w swoim gniewie i bezsilności. W Network postać odgrywana przez Cranstona przechodzi różne transformację – od rzetelnego dziennikarza, dobrego przyjaciela, poczciwego mężczyzny, do panikarza, szaleńcy i proroka głoszącego apokaliptyczne wizje. Jego zmiany nastroju  widzowie mogą nieustannie podglądać, bo liczne kamery nie odstępują go ani na trochę, pokazując ciągłe zbliżenia twarzy.

kulturalnie po godzinach (3)

Bryan Cranston dostarcza niezwykle wiarygodną kreację aktorką. Jest doskonały jako człowiek na krawędzi, który w przypływie gniewu podejmuje nieracjonalne decyzje prowadzące do nieuchronnej klęski. Raz kojarzy się z szekspirowskim Hamletem, innym razem z królem Learem. Amerykański aktor wyjątkowo sprawnie lawiruje między szaleńczym obłędem a chorobą psychiczną. Gdy Cranston rozpoczyna kultową przemowę (Wściekły jak diabli) sala na chwilę zamiera. To jeden z najlepszych punktów przedstawienia. Ale prawdę mówiąc, Network jest aktorsko znakomity od pierwszej do ostatniej minuty. Choć to zdecydowanie one man show, to trzeba przyznać, że bardzo dobrze wypada również Michelle Dokery. Z wrodzonym chłodem w głosie i dystansem świetnie pasuje do roli bezwzględnej karierowiczki Diane, która nie boi się wykorzystać ludzkiej choroby dla realizowania egoistycznych celów.

kulturalnie po godzinach (5)

Gdy oglądam fragmenty skromnego pod względem wizualnym filmu z 1976 roku, nie potrafię ukryć zdziwienia, że najnowsza sceniczna wersja może być tak imponująca i nieprzewidywalna. Scenarzysta Jan Versweyveld, od lat współpracujący z van Hove doskonale zrozumiał szaloną wizję reżysera. Na ogromnej scenie znalazło się wszystko, co musi posiadać nowoczesne studio telewizyjne: ruchome kamery, telebimy, garderobę z ogromnymi lustrami, przy których charakteryzatorki poprawiają make-up reporterom, przeszkloną reżyserkę, z której porządku na planie pilnuje producent. Wszystko to sprawia, że widz czuje się, jakby oglądał telewizję od kuchni. Tekst leci z promptera, wielki zegar odlicza czas do emisji, a w tle widać reklamy emitowane w przerwie wiadomości. Ale duet van Howe- Versweyveld poszedł w swoich pomysłach nieco dalej.  Niewielką część publiczności (której poszczęściło się w teatralnej loterii) umiejscowili na scenie, aranżując po jej prawej stronie niewielką restaurację. Gdy aktorzy grali tuż przed ich nosami (dosłownie, bo wiele scen było odgrywanych na barowych krzesłach lub przy restauracyjnych stolikach), kelnerzy roznosili trzydaniowe zestawy i napełniali im kieliszki czerwonym winem. Kolejne ryzykowne przedsięwzięcie, które sprawdziło się w tej produkcji jak należy. Podobnie zresztą jak elektroniczna muzyka na żywo, która wypełniała dźwiękami salę przed spektaklem oraz w poszczególnych scenach. Wszystko to w połączeniu ze świetną grą aktorką i intrygującym tematem robiło piorunujące wrażenie.

Obok Hamleta i  Aniołów w Ameryce, to trzecia tak perfekcyjnie dopracowana produkcja teatralna w Londynie w ostatnich latach. Ivo van Hove dokonał rzeczy niemożliwej – przesunął granice teatru. Network to coś więcej niż spektakl, to live cinema, który powinno pokazywać się wszystkim tym, którzy uważają teatr za nudną, przestarzałą instytucję, do której w szkole chodziło się za karę.

(A.)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s