Angels in America Part One: Millennium Approaches (Lyttelton Theatre, London)

„Very Steven Spielberg!” wykrzykuje oszołomiony Andrew Garfield po jednej z wielu imponujących scen w londyńskiej wersji Aniołów w Ameryce. Właśnie ta linijka tekstu najlepiej opisuje spektakl, który po 25 latach powraca na deski National Theatre. Reżyserka Marianne Elliott (War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą) stworzyła bowiem teatralny blockbuster. Przedstawienie zrobione z rozmachem i atrakcyjną obsadą (Andrew Garfielda, Nathan Lane), oparte na kultowym tekście Tony’ego Kushnera od kilku miesięcy jest na językach wszystkich miłośników teatru, nie tylko w Londynie.

Bilety na pokazy dwuczęściowego spektaklu rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Na stronie teatru ciągle widniała smutna informacja „sold out”. Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z myślą, że nie zobaczę tego wydarzenia na własne oczy. Choć brałam udział w loterii organizowanej przez National Theatre, to nie wiązałam z tym żadnych nadziei. Aż pewnego dnia przyszedł mail z gratulacjami. Wygrałam bilety za 20 funtów!!! Co prawda miejsca były średnie i choć mogłam obejrzeć obie części zdecydowałam się tylko na pierwszą (tylko tyle udało się zgrać w terminie z dawno zaplanowanym wyjazdem na Obsession). Ale co tam! Jak to się mówi – darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda. Kinowe pokazy z pewnością będą wspaniałe, ale cieszę się, że udało mi się poczuć odrobinę tych emocji na własnej skórze. Bo Anioły w Ameryce: Millennium nadchodzi to spektakl niezwykle widowiskowy z zaskakująco lekkim klimatem i doskonałymi kreacjami aktorskimi. To przedstawienie, które potrafi porwać tłumy. Żywiołowe reakcje widzów w trakcie trwania spektaklu i szalone owacje na stojąco na zakończenie – to najlepszy dowód.

kulturalnie po godzinach

Minęło ćwierć wieku odkąd National Theatre po raz pierwszy zaprezentował na swoich deskach gejowską fantazję na motywach narodowych. Wiele się w tym czasie zmieniło. Dramaturg opisywał bowiem lata 80-te XX wieku, czasy przemian obyczajowych, szalejącego kryzysu, pandemii AIDS i konserwatywnych rządów administracji Ronalda Regana. Sytuacja społeczno – gospodarcza w Ameryce uległa zmianie, AIDS nie jest już chorobą śmiertelną, a ludzie stali się bardziej otwarci na kwestię orientacji seksualnej i tożsamości płciowej. Nic dziwnego, ze pojawiają się wątpliwość dotyczące sensu wystawiania Aniołów w Ameryce.

Zawsze chętniej patrzyłam na dzieło Kushnera jako na opowieść o miłości oraz towarzyszącej jej rozczarowaniach i niepokojach. W tym kontekście amerykański dramat nigdy nie traci na aktualności. Ludzkich emocji nie ogranicza bowiem żadna rama czasowa. Strach przed porażką, rozczarowaniem i śmiercią, który towarzyszy postaciom dramatu, jest taki sam teraz jak 25 lat temu. Choć teraz mogą go generować inne sytuacje i zagrożenia.

Po obejrzeniu pierwszej części wydaje mi się, że londyńska wersja lepiej wypada tam, gdzie opowiada o aniołach, niż w tych fragmentach, w których odnosi się do Ameryki (ale może zmienię zdanie po Pierestrojce). Bez obaw, nie znaczy to, że Anioły w Ameryce to nudy wykład z historii. Czuć jednak, że rzeczywistość, w której funkcjonują bohaterowie sztuki to dawno zamknięty rozdział dziejów tego kraju. Z drugiej strony liczne fragmenty i postacie okazują się zaskakująco podatne na współczesne interpretacje. Weźmy chociażby Roya Cohna, który niegdyś był mentorem wtedy jeszcze biznesmena, dziś prezydenta USA – Donalda Trumpa. Włos jeży się na głowie na myśl, że ten bezwzględny prawnik, który łamał ludziom życie, mógł być wzorem do naśladowania dla polityka stojącego na  czele najbardziej wpływowego kraju na świecie…

kulturalnie po godzinach (4)

Zaangażowanie Andrew Garfielda w roli Priora Waltera było strzałem w dziesiątkę. Aktor zgrabnie lawiruje między dramatyzmem chorego na AIDS homoseksualisty, porzuconego na łożu śmierci przez kochanka a komizmem proroka, którym stał się na skutek anielskich wizji. Nathan Lane brawurowo odgrywa rolę bezwzględnego, dwulicowego prawnika Roya Cohna. Pozycja, władza i kontakty pozwalają mu funkcjonować w wyższych sferach bez wytykania palcami. Cohn może uważać się za heteroseksualistę, gdy tak naprawdę do łóżka chodzi z facetami. U Kushnera postać prawnika to wyraz ludzkiej hipokryzji i potworności, ale również świadectwo bezsilności. W londyńskim spektaklu ta postać wywołuje głównie śmiech (Lane prowadzi ją w bardzo komicznym tonie, zupełnie innym niż Al Pacino w pamiętnym serialu telewizyjnym), a nawet politowanie. Świetne momenty mają również James McArdle jako Louis Ironson – chłopak Priora oraz Russell Tovey – jako Joe Pitt. Ich postacie tworzą w sztuce Kushnera ciekawą galerię tchórzy. Pierwszy zostawia swojego chorego chłopaka, bo boi się śmierci (a może bardziej własnego cierpienia). Drugi obawia się zaakceptować swoją homoseksualną naturę, bo ta stoi na przeszkodzie małżeństwu z Harper, wyznaniu (Joe jest Mormonem) oraz pracy prawnika. Denise Gough jako żona Joe’a w bardzo subtelnej kreacji na razie głównie snuje się po scenie w narkotycznych wizjach i marznie na przykrytej śniegiem Antarktydzie. Myślę, że druga część da aktorce większe pole do popisu.

kulturalnie po godzinach (5)

Anioły w Ameryce to spektakl – wyzwanie dla twórców teatralnych, przede wszystkim z powodu licznych lokalizacji, w których toczy się akcja dramatu. Szpital, gabinet lekarski, mieszkanie Priora, mieszkanie Harper i Joe, dom Roya, biuro prawnika, ławka w parku … i tak dalej … i tak dalej… Do tego trzeba dorzucić jeszcze sceny w mroźnej Antarktydzie i te z anielskimi wizjami. Jak to wszystko zmieścić na jednej scenie? Zespół National Theatre znalazł doskonały sposób. Pomieszczenia mieszkalne i gabinety ustawiono w formie labiryntu na małych obracanych scenach. Każde z pomieszczeń – wprawiane w powolny ruch, wypełnione aktorami i rekwizytami tworzyło nową przestrzeń. Gdy zaś akcja przenosiła się w senne lub narkotyczne wizje bohaterów scena była wielka i pusta, co znakomicie potęgowało poczucie zagubienia i osamotnienia postaci.

Możliwości techniczne, wysokie budżety i – przede wszystkim – kreatywność zespołów pracujących dla National Theatre to gwarancja jakości prezentowanych tam przedstawień. Pomysłową scenografię chwaliłam już w recenzjach setki razy. Ale takiego wrażenia jakie zrobiła na mnie pierwsza część Aniołów w Ameryce, do tej pory nie zrobił żaden spektakl. To przedstawienie całkowicie zaspokaja moje estetyczne potrzeby. Wszystkie elementy – od scenografii i kostiumy poprzez muzykę, grę świateł aż po ruch sceniczny – współgrają ze sobą, tworząc doskonale spójną i urzekającą całość. Prowadzą jednocześnie do imponującego finału, po którym czujesz się jakbyś właśnie doświadczył jakieś cudownej anielskiej interwencji.

kulturalnie po godzinach (1)

Można się spierać na temat tego, czy udało się Marianne Elliott przełożyć tekst Tony’ego Kushnera tak, by poruszył do głębi współczesnego widza. Trudniej już się spierać nad formą, którą zaproponowała reżyserka. Doskonałe wyważenie elementów humorystycznych i dramatycznych, widowiskowe rozwiązania scenograficzne i doskonały casting – te elementy powodują, że ten wymagający, długi spektakl nie męczy i nie przytłacza. Wręcz przeciwnie – po trzech godzinach ma się ochotę na więcej.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s