Anioły w Ameryce. Część II. Pierestrojka (NT Live)

 

Druga część Aniołów w Ameryce – Pierestrojka wystawiana przez londyński National Theatre w treści bardziej niż jej poprzedniczka (Millenium nadchodzi) zbliżona jest do fantazji, którą sugeruje podtytuł sztuki. Dopiero w tej części surrealistyczne wizje Tony’ego Kushnera sprawnie przeniesione na teatralne deski przez Marianne Elliott (War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą) ożywają na rozległej scenie Lyttelton.

Pierestrojka kontynuuje opowieść o losach bohaterów, o których Kushner snuł przez ponad trzy godziny w Millenium nadchodzi. W jednym z nowojorskich szpitali na AIDS umiera Roy Cohn –  dwulicowy i bezlitosny prawnik, Prior Walter nadal liże rany po rozstaniu z ukochanym Louisem, którego romans z Joe, protegowanym Cohna przechodzi na kolejny poziom. Tymczasem z mroźnego Salt Lake do Nowego Jorku na wieść o coming oucie syna przybywa matka – Hannah. A  porzucona żona Joe’a – Harper nadal ucieka w narkotyczne wizje eksplorując Antarktydę, a może raczej samą siebie. Tworzą się nowe sojusze i przyjaźnie. Harper nawiązuję nić porozumienia z teściową, staje się też „buddy” z Priorem. W szpitalu, u progu śmierci Roy poznaje  Belieze – pielęgniarza i byłą drag queen. Nawiązują nietypową relację, która w innej rzeczywistości prawdopodobnie by się nie wydarzyła.

Angels In America

Gdy Cohn walczy o życie w szpitalu i nielegalnymi drogami zdobywa niedostępny dla zwykłych śmiertelników lek AZT, Prior dochodzi do siebie, zwłaszcza, że wyniki badań są obiecujące. Złamane serce leczy przyjacielskimi terapiami ze swoim byłym chłopakiem Belizem. W międzyczasie stara się rozgryźć zagadkę wizji i domniemanego proroctwa, które w dość nieoczekiwany sposób na niego spadło.

Druga część sztuki, choć w nieco większym stopniu mistyczna niż pierwsza odsłona to nadal kompozycja bardzo dobrze poprowadzonych, świetnie zagranych i nierzadko komicznych scen. Szpitalne łóżka co rusz zamieniają się park, park w centrum mormońskie, szpitalna sala Roya, w salę Priora i tak w kółko. Tam gdzie kończy się jeden epizod w mig następuje kolejny, a jeszcze częściej poszczególne sceny i postaci na siebie nachodzą, także z łatwością widać podobieństwo bohaterów, ich uczuć i rozterek (chociażby Prior i Harper). Wszystko daje to fantastyczny efekt i tworzy niezwykle spójną całość, która mimu wielu godzin nie dłuży się ani trochę.

Aktorzy niewiarygodnie szybko dostosowują się do zmian scen i scenografii czy nawet bohaterów (niektórzy aktorzy grają przecież po kilka ról). Pierestrojka pełna jest świetnych występów. Andrew Garfield jako Prior jest znakomity, choć zdarza mu się szarżować i ocierać się o lekkie przerysowanie. Na  szczęście wie gdzie jest granica. Nathan Lane nadal utrzymuje rewelacyjny poziom, a jego wersja Roya podoba mnie znacznie bardziej niż ta wykreowana przez Ala Pacino w serialu HBO. W drugiej części świetne występy zaliczyli również Nathan Stewart-Jarrett jako pielęgniarz Belize, który w szpitalnych scenach z Lanem nie ma sobie równych oraz Amanda Lawrence, która gra Anioła, Pielęgniarkę oraz Bezdomną (ta ostatnia rola przypadła mnie do gustu najbardziej). Oczywiście James McArdle, Russell Tovey, Denise Gough pozostają w świetnej formie. Chyba dawno żadna sztuka nie miała tak świetnie dobranej obsady.

kulturalnie po godzinach

Ale Marianne Elliott wygrywa nie tylko jeśli chodzi o aktorski zespół. Na uwagę zasługują również widowiskowe sceny proroczych wizji, które mają swój niepowtarzalny charakter. Zapierają dech w piersiach i demonstrują zarówno ogromne możliwości techniczne sceny londyńskiego teatru, jak i pomysłowość scenografów oraz oryginalną reżyserską wizję. Anioł, który pojawia się raz już na koniec pierwszej części, a potem wielokrotnie w Pierestrojce jest potężny, przytłaczający, ale jednocześnie jakby niezdarny. Porusza się tylko dzięki pomocnikom, którzy tej boskiej istocie pomagają wprawiać w ruch wielkie skrzydła. W porównaniu do telewizyjnej wersji Anioł w wykonaniu (świetnej) Amandy Lawrence jest bardziej demoniczny, za to mniej uwodzi.

Pierestrojka, jak i zresztą cała sztuka Tony Kushnera to wyzwanie zarówno reżyserskie jak i aktorskie. Bez wyraźnej wizji reżyserskiej i zgranego zespołu 7 godzin mogłoby być męczarnią. Ale nie w przypadku teatru błyskotliwej Marianne Elliott, która zaangażowała to swojego przedsięwzięcia aktorski dream team z prawdziwego zdarzenia. Pozwoliła przesłaniu płynącemu z dramatu Kushnera właściwie wybrzmieć na scenie udowadniając, że pewne sztuki się nie starzeją. Ponadczasowość Aniołów w Ameryce jest zaskakująca, nawet jeśli trudno całkowicie zgodzić się z proroctwem płynącym z dramatu, mówiącym, że jedynym ratunkiem dla świata jest zatrzymać się, przestać się przemieszczać i rozwijać. Ale może współczesny świat czasem tego właśnie potrzebuje … zwolnić tempo, wziąć oddech i pomyśleć…

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s