The Birthday Party (Harold Pinter Theatre, London)

dnia

Trudno uwierzyć, że 60 lat temu, gdy sztuka Harolda Pintera, The Birthday Party (polski tytuł Urodziny Stanleya) po raz pierwszy pojawiła się na londyńskiej scenie w teatrze Lyric na Hammersmith, utrzymała się w repertuarze zaledwie przez sześć wieczorów. Większość krytyków zmiażdżyła dzieło 28-letniego wówczas dramaturga, zarzucając mu niezrozumiałość. Dzisiaj ten laureat nagrody Nobla jest inspiracją dla wielu twórców teatralnych, a jego sztuki chętnie wystawiane są na całym świecie. W okrągłą rocznicę premiery The Birthday Party powraca na londyńską scenę, a brytyjska prasa wychwala wersję Iana Ricksona oraz gwiazdorską obsadę, hojnie obdarowując spektakl 4 lub 5 gwiazdkami. Cieszę się, że pomimo ścisku w grafiku, udało mi się wcisnąć to przedstawienie w plan teatralnej wycieczki do Londynu.

Historia toczy się w drobnomieszczańskim pensjonacie, gdzieś na sennym południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii. Tam oto pomieszkuje niejaki Stanley Webber (w tej roli doskonały Toby Jones). Nie bardzo wiadomo, czym się zajmuje, kiedyś był podobno pianistą. Mężczyzna jest w zażyłych stosunkach z gospodarzami – państwem Boles. Petey (Peter Wight) rzadko bywa w domu, za to Meg (Zoë Wanamaker) bardzo troskliwie zajmuje się jedynym gościem, który najwyraźniej ją pociąga. Pewnego dnia do pensjonatu przybywają dwaj tajemniczy panowie – Goldberg (Stephen Mangan) i McCann (Tom Vaughan-Lawlor). Pozostawieni sam na sam ze Stanleyem, torturować psychicznie, formułując szereg dziwacznych zarzutów. Dla zamydlenia oczu, a może dla własnej zabawy, mężczyźni urządzają Webberowi przyjęcie urodzinowe. Rzekomy jubilat czuje się zaszczuty i zagrożony, wyzwalają się jego kompleksy i obawy, które doprowadzają go do szalonych czynów. Niewinna impreza zmienia się w koszmar…

Scenografia zaprojektowana przez Quay Brothers ogranicza się do jednego, ciemnego pokoju. Tapety odrywające się ponuro od ścian, brudne firanki zagarniają dla siebie całe światło słoneczne. Nic dziwnego, że ten nadmorski pensjonat nie ma gości, nie licząc typów spod ciemnej gwiazdy. Niechlujny, nieogolony Toby Jones jest znakomity jako Stanley. Jego kreacja jest bardzo plastyczna i cudownie oddaje wszystkie stany emocjonalne bohatera – od niepewności i przerażenia, poprzez szaleństwo, aż po finałową uległość. Szczególnie dobrze wypadają sceny z udziałem Stephena Mangan i Toma Vaughan-Lawlora, w trakcie których tajemniczy przybysze urabiają jubilata. Mangan wypowiada swoje absurdalne kwestie z prędkością karabinu maszynowego, podczas gdy Vaughan-Lawlor krąży po pokoju jak drapieżne zwierzę gotowe do ataku. Zoë Wanamaker, Peterowi Wight’owi i Pearl Mackie (aktorka znana z Doctor Who gra przyjaciółkę gospodarzy) udaje się wprowadzić sporo lekkości i dowcipu w złowieszczy ton sztuki.

Podobnie jak w Ziemi niczyjej (pokazywanej w ramach NT Live) niezwykle prosty fabularnie dramat Pintera, wymyka się jednoznacznej interpretacji. Początkowo jesteś pewien tego, co dzieje się na scenie i gdzie zmierza akcja, by po kilkudziesięciu minutach stwierdzić, że nic nie wiesz. Nic się nie składa. Wątki zaczynają się zamazywać, a postacie komplikować. Co jest prawdą? A co fikcją? Dzieła angielskiego dramaturga są dla widzów wymagające, trzeba szukać w nich tropów i wskazówek interpretacyjnych. Łatwo się wówczas zniechęcić i porzucić twórczość Pintera. Wytrwali mogą jednak zostać nagrodzeni w postaci takich spektakli, jak ten w reżyserii Iana Ricksona.

(M.)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s