Cat on a Hot Tin Roof (Apollo Theatre, London)

Do tej pory bardziej śledziłam garderobę Sienny Miller niż jej aktorskie dokonania. Jacka O’Connella kojarzyłam jedynie z przyzwoitych występów w Niezłomnym i Zakładniku z Wall Street. Ale bilety na Cat on a Hot Tin Roof kupiłam bez chwili wahania, gdy tylko w internecie pojawiły się stylowe czarno – białe zdjęcia autorstwa Charliego Graya. Przemówiła do mnie nie tylko estetyka materiałów promujących londyński spektakl, ale również nazwisko reżysera. Australijski twórca – Benedict Andrews po sukcesie Tramwaju zwanego pożądaniem z Gillian Andreson w roli głównej, po raz kolejny wziął na warsztat tekst Tennessee Williamsa. A tak się składa, że mam ogromną słabość do twórczości tego dramaturga, a przede wszystkim do jego bohaterów, targanych wątpliwościami i namiętnościami, nierzadko beznadziejnie zatracających się w nałogach.

Ostatni dzień września. Od rana nad miastem złowieszczo wiszą ciemne chmury, które późnym popołudniem, płyną strugami deszczu. Na przekór złej pogodzie, humor wyjątkowo mi dopisuje. Najwyraźniej po Labour of Love wciąż utrzymuje się „Martin Freeman effect”. Ale wieczorem czekają mnie całkiem inne emocje. Spektakl Cat on a Hot Tin Roof od kilku tygodni wisi na afiszu, recenzje w brytyjskiej prasie ma różne. Mogę go pokochać albo znienawidzić.

W Apollo Theatre mam doskonałe miejsce tuż przy scenie. Gdybym się wychyliła mogłabym ściągnąć butelkę whisky i nalać sobie drinka. Niezbędnik Bricka (alkohol, lód i szło) stoi bowiem na skraju pokrytej czarnym welurem sceny. Jack O’Connell calutki wieczór będzie kuśtykał do tego miejsca, by napełnić swoją szklankę wysokoprocentowym płynem i czekać na zbawienne „klik”.

Nowoczesna scenografia wyraźnie próbuje zdystansować się od scenerii południowej Ameryki, jaką wymyślił sobie Tennessee Williams, ale bohaterów zdradza silny akcent. Efektowny, lecz zimny wystrój przywołuje na myśl spektakle Ivo van Hove lub Krzysztofa Warlikowskiego (patrz łazienkowy element) . Tutaj błyszczące, wysokie ściany wyglądają jak złota klatka, w których uwięziono bohaterów. Pod umieszczonym na scenie prysznicem Brick próbuje zmyć z siebie z siebie wstyd i poczucie winy. Aktorzy rozbierają do rosołu (O’ Connell nie nosił ubrania przez większą część spektaklu, Miller w finale), ale nagość w tym przedstawieniu, to coś więcej niż chwyt marketingowy. Bohaterów dramatu Williamsa dręczy bowiem ich własna seksualność. Piękna i seksowna Maggie pragnie przede wszystkim bliskości ze strony swojego oziębłego męża (choć równie mocno marzy o fortunie teścia, ale potrzebny jej potomek, by po nią sięgnąć). Brick upija się do nieprzytomności, próbując zapomnieć nie tyle o tragicznej śmierci Skippera, co o swoich uczuciach względem najlepszego przyjaciela. Powściągliwość bohatera w nazywaniu rzeczy po imieniu wydaje się w inscenizacji zaproponowanej przez Benedicta Andrewsa trochę zaskakująca. Reżyser daje bowiem postaciom dramatu nowoczesną posiadłość, modne stroje, a nawet telefony komórkowe, ale mentalnie pozostawia ich w erze sprzed postępu technologicznego.

Pierwszy akt należy do Sienny Miller. Potrzebuję kilku minut, by przywyknąć do melodii jej wypowiedzi. Aktorka brnie przez tekst na wyjątkowo wysokich dźwiękach. Wygląda pięknie i seksownie, gdy jej blond loki opadają na ramiona, a drobna sylwetka ugina się pod ciężarem długiej cekinowej sukienki. Trudno uwierzyć, że taka dziewczyna może czuć się się samotna. Siennie Miller pomaga nie tylko uroda, ale również aktorska intuicja, która pozwala jej ciekawie prowadzić postać sfrustrowanej seksualnie neurotyczki, niezaspokojonej nimfomanki i zazdrośnicy, patrzącej z zawiścią na zagrażającej jej pozycji w rodzinie, króliczą płodność szwagierki. Maggie the Cat bywa wredna i nieprzewidywalna. Na przemian łasi się, przytula, by za chwilę rzucić się z pazurami.

Choć tytułowa rola należy do Miller, to jednak show bezczelnie kradnie jej Jack O’Connell. W wywiadzie dla Variety Brytyjczyk szczerze przyznał, że przed angażem w produkcji nie znał twórczości Tennessee Williamsa. Nie widział nawet głośniej filmowej wersji Kotki… i przed premierą przedstawienia nie próbował nadrobić zaległości, bojąc się kopiować Paula Newmana. Tym bardziej należą mu się słowa uznania, gdyż pięknie rozgryzł skomplikowaną postać Bricka i wypracował własny styl.

O’Connell nie potrzebuje wielu słów, by zaznaczyć swoją sceniczną obecność. Jego bierność jest intrygująca, jego ból przeszywający. Nagi, z nogą w gipsie i nieodłączną szklaneczką w dłoni powoli odpływa, czekając na ten moment, po którym jest już tylko cisza i spokój. Alkohol jest dla niego jedynym ratunkiem, najchętniej zachlałby się na śmierć, by już więcej nic nie czuć. Brick bywa szczery do bólu. W rozmowie z ojcem wyjawia to, co przed seniorem próbuje zataić cała rodzina. Ale potrafi być również porywczy i agresywny. Sprowokowany przez małżonkę rozbija kulą wazon z kwiatami, z taką siłą, że muszę strzepywać odłamki ze swojej sukienki.

Nie brakuje też mocnych kreacji na drugim planie. Świetny jest Colm Meaney jako Big Daddy, który z radością świętuje swoje 65 urodziny i (rzekomo) dobrą lekarską diagnozę. To majętny, aczkolwiek prosty człowiek, który lubi poniżać innych. W szczerej rozmowie z synem ten twardziel pokazuje zupełnie inną twarz – twarz człowieka wrażliwego, którego podobnie jak Bricka, dobija udawanie normalności i stwarzanie pozorów. Znakomita jest również Lisa Palfrey w roli wesołej, gadatliwej matki. Z jednej strony wzbudza politowanie paradując w odważnym stroju, który z pewnością nie przystoi dojrzałej kobiecie, z drugiej strony wywołuje współczucie w scenach, w których bezlitośnie poniża ją mąż.

Całkowicie straciłam poczucie czasu i dałam się ponieść scenicznej opowieści. Oprzytomniałam w ostatnich minutach, gdy Sienna Miller (nie wychodząc z roli) swoim południowoamerykańskim akcentem zganiła widza nagrywającego przedstawienie za pomocą telefonu (niestety, to zjawisko dość częste w teatrach, choć pierwszy raz widziałam interwencję aktora). Nie wiem, kiedy minęły prawie trzy godziny w Apollo Theatre. Współczesna, elegancka oprawa spektaklu całkowicie mnie uwiodła, a aktorzy pozytywnie zaskoczyli. Jack O’Connell niespodziewanie wskoczył na moją listę ulubionych brytyjskich aktorów. Mam nadzieję, że kino i telewizja nie pochłoną go do reszty. Chętnie wydam funty, jeśli ponownie pojawi się na West Endzie.

(M.)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s