Glengarry Glen Ross (Playhouse, London)

W dzisiejszych czasach, gdy mocno podkreśla się rolę kobiet w przemyśle rozrywkowym posunięciem dość ryzykownym wydaje się promowanie wyłącznie męskiej produkcji. A taką właśnie jest Glengarry Glen Ross – opowieść o zepsutym, nieuczciwym i okrutnym świecie agentów nieruchomościami. Tu rządzi pieniądz oraz kłamstwo sprawnie napędzone przez wysoki poziom testosteronu. Na szczęście, ostra jak brzytwa, niezwykle trafna i miejscami bardzo dowcipna sztuka Davida Mameta nie ma daty ważności. Może dlatego można (i warto) przymknąć oko na brak w niej kobiecego pierwiastka.

Pierwszy akt londyńskiej wersji Glengarry Glen Ross trwa zaledwie 35 minut i jest jedynie preludium do zaskakującej, burzliwej i aktorsko doskonałej kolejnej części. Pozwala zaznajomić się z bohaterami, poznać nie tylko ich intencje, oczekiwania, ale i małe sekrety. Zapierająca dech w piersiach i misternie przygotowana scenografia imitująca chińską restaurację, tonąca w czerwonym świetle z mnóstwem charakterystycznych lampionów zwisających z sufitu jest miejscem zwierzeń, szantażu, licznych knowań, ale przede wszystkim wykorzystywania słabszych. I tak,  tutejszy weteran Shelley „The Machine” Levene (Stanley Townsend) podpuszcza niewzruszonego urzędniczego aparatczyka Johna (Kris Marshall), by ten dał właśnie jemu intratne zlecenia; mocny w gębie Dave (Robert Glenister) próbuje zwerbować starszego kolegę George’a (Don Warringtona) do skoku na biuro; tymczasem mistrz manipulacji Ricky Roma (Christian Slater) przy szklaneczce whisky urabia łagodnego i nic niepodejrzewającego mężczyznę, kończąc pijacką biesiadę z podpisanym kontraktem w kieszeni. Gdy kurtyna niespodziewanie opada w dół, obwieszczając 20 minutową przerwę –  czuję lekki niedosyt i rozczarowanie, nie wiedząc jeszcze, że twórcy zrehabilitują się (i to z nawiązką) w drugim akcie.

Gdy wracam po przerwie, na scenie nie ma śladu po chińskiej restauracji, a moim oczom ukazuje się biuro, które wygląda jakby przeszedł przez nie tajfun. Bohaterowie w gorączce biegają po scenie, przekrzykując się w oskarżeniach. Choć uprzednio to Dave kombinował napad na biuro, to jednak wydaje się, że każdy z agentów miał motyw by tego dokonać. Atmosfera się zagęszcza, nieporadny John wielokrotnie zostaje obwiniony przez współpracowników o brak kwalifikacji, pewny wygranej Ricki (miał wygrać rywalizację wśród agentów i otrzymać Cadillaca) nie kryje swojej złości na zaistniałą sytuację, a Levene, który poprzedniego wieczora podpisał kontrakt, mimo nieszczęścia, które spotkało biuro – nie przestaje przechwalać się, że wrócił do gry.

Aktorzy w drugim akcie wspinają się na wyżyny swoich umiejętności. Wszyscy bez wyjątku grają koncertowo. Zdecydowanie wolę tę teatralną wersję bohaterów.  W filmie Jamesa Foleya z 1992 postaci dla mnie były zbyt mało emocjonalne, a przez to mało wyraziste. W teatralnej produkcji Sama Yatesa, która wyzwala się z filmowego mroku i powagi, jest więcej humoru, groteski. Staler jest doskonały jako odnoszący sukcesy, manipulator i samiec alfa. Ale tak po prawdzie to nie amerykański aktor, którego nazwiskiem promowano londyńską produkcję jest najlepszy. Irlandczyk, Stanley Townsend nie ma sobie tutaj równych. Aktor świetnie radzi sobie z desperacką, emocjonalną jazdą, którą zapewnia mu postać starego wyjadacza, który dawno wypadł z gry, ustępując miejsca młodszym zawodnikom. Zaskoczeniem był też dla mnie świetny Robert Glenister, który po perypetiach podczas pierwszych przedstawień Glengarry Glen Ross (aktor jak pisały brytyjskie media”zamarł” na scenie i nie był w stanie kontynuować przedstawienia; kilka spektakli odbyło się z udziałem dublera) powrócił na scenę w wielkim stylu.

Glengarry Glen Ross znalazł się w planie teatralnego wyjazdu do Londynu, prawie wyłącznie z powodu Christiana Slatera. Szczerze mówiąc, bardzo bałam się tego przedstawienia, tym bardziej, że filmowa adaptacja sztuki Mameta nie należy do moich ulubionych. Na szczęście Sam Yates całkowicie odczarował dla mnie ten dramat, a genialna obsada zapewniła rozrywkę na najwyższym poziomie.

(A.)

Reklamy

Jeden Komentarz Dodaj własny

  1. Bardzo ciekawa sztuka 🙂 Dosyć ciekawy motyw z grającymi wyłącznie mężczyznami. Jeżeli będę miał kiedyś okazję, to na pewno przyjrzę się bliżej 🙂 Pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s