Jedziemy na olimpiadę

Filmy o sporcie, rywalizacji czy olimpijskich zmaganiach najczęściej traktują temat śmiertelnie poważnie, przykładając niezwykłą wagę do pokazania trudu, jaki towarzyszy sportowcom w zmaganiach o podium. Być może wynika to z tego, że  filmowcy boją się pokazywać sportowców z przymrużeniem oka, by nie umniejszać ich trudu, poświęcenia, systematycznej i konsekwentnej pracy. I jest w tym jakaś logika!  Fajnie jednak, od czasu do czasu obejrzeć film, który pokazuje sportowe zmagania w krzywym zwierciadle, wywołując nie tylko ochy i achy, ale także szczerszy śmiech. Amerykańska produkcja The Bronze oraz brytyjska – Eddie zwany orłem idealnie się w ten schemat wpisują.

kulturalnie po godzinach
EDDIE ZWANY ORŁEM

Film obejrzałam w Londynie, podczas kilkudniowego wyjazdu. Eddie the Eagle, czyli Eddie Edwards to dla Brytyjczyków powód do dumy albo zażenowania (nadal jego osoba budzi skrajne emocje), ale z pewnością postać niezwykle interesująca, co udowodniła chociażby frekwencja tego wieczora w kinie. Z perspektywy czasu cieszę, się , że tego dnia zamiast włóczyć się w deszczu po londyńskich ulicach trafiłam do kina, bo film szerokim łukiem ominął polskie przybytki kultury (mimo głośno zapowiadanej premiery). Niestety, producenci, mimo bardzo dobrych recenzji za oceanem (wzorowy feel good movie), postanowili obraz o narciarskich wyczynach nietuzinkowego sportowca pozostawić wyłącznie jego rodakom. Poniekąd rozumiem wycofanie filmu z USA (kogo tam obchodzą skoki narciarskie?), ale w naszym kraju, gdzie skoki są niemal sportem narodowym, ten film miał spore szanse na sukces.  Na pocieszenie – obraz wkrótce ma się ukazać na dvd.

W latach osiemdziesiątych, gdy Eddie Edwards (przezabawny Taron Egerton) rozpoczynał swoją nietuzinkową i niespodziewaną karierę sportowca igrzyska olimpijskie były ogromnym wydarzeniem. Całe rodziny zasiadały przed telewizorem, by podziwiać zmagania sportowców. Wiele dzieciaków marzyło, by stanąć na podium. Tak, jak Eddie, który pod ręką miał zawsze ukochany album z olimpiady letniej, pudełko na medale, a w zanadrzu – wiele dyscyplin sportowych, w których mógłby wystartować. Nie przeszkadzały mu wtedy krzywe kolana, wiecznie spadające z nosa okulary czy dezaprobata ojca. Liczyło się tylko jedno – pojechać na olimpiadę. Gdy Eddie trafił do zespołu narciarzy zjazdowych marzenia o olimpijskiej rywalizacji wydawały się niemal w zasięgu ręki. Jednak nieprzychylna komisja sportowa szybko odebrała chłopakowi ostatnią nadzieję na występ w igrzyskach. Wtedy przyszła mu do głowy myśl, by trenować coś, czego w Wielkiej Brytanii nie trenowało się od późnych lat dwudziestych – skoki narciarskie.  Tylko jak skakać, gdy nie ma funduszy, trenera i … właściwie nie wiadomo jak to robić? Czy pomogą inni skoczkowie, trener – pijaczyna? A może wystarczy upór w realizacji celów?

Eddie zwany orłem nie jest biografią pełną gębą. Choć sam zainteresowany podpisuje się pod filmem rękoma i nogami, to przyznaje, że tylko niewielki procent fabuły jest zgodny z rzeczywistością. Eddie Edwards nie był tak kiepskim sportowcem, jak pokazuje to film Dextera Fletchera – prawie wywalczył sobie udział w igrzyskach jako narciarz zjazdowy. Nie był też tak niezdarny, jak na ekranie, chociaż zdarzały mu się spektakularne wpadki – jak ta na lotnisku Kanadzie, gdy chciał się przywitać z fanami i wpadł w szybę. Miał (inaczej niż w filmie) wspierających rodziców. Był w dużej części samoukiem, który podpatrywał i słuchał rad innych zawodników i cudzych trenerów  (nie posiadał jednego trenera, a Bronson Peary grany przez Hugha Jackmana  był raczej sumą wszystkich jego oficjalnych i nieoficjalnych szkoleniowców).

Obraz Fletchera czerpie natomiast z biografii najgorszego skoczka Wielkiej Brytanii to, co najbardziej istotne. Zamiast skupiać się na detalach, ukazuje największą siłę sportowca – jego determinację, dążenie do celu, upór i pokonywanie barier. To dlatego ten film tak dobrze się ogląda. Udowadnia, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko bardzo nam na tym zależy. Idealnie wpisuje się zatem w konwencję feel good movie. Być może dlatego zupełnie nie przeszkadza, że miejscami jest zrealizowany „pod publiczkę”, a fakty i postaci ubarwia, tak aby były fabularnie atrakcyjne.

Siłą napędową fabuły jest niewątpliwie nietuzinkowa postać skoczka, którego publiczność oraz media uwielbiały. Nienawidzili go za to zawodnicy, którzy na sukces Edwardsa pracowali latami. Taron Egerton, który wcielił się w jego postać nie miał łatwego zadania, chociaż, trzeba przyznać, że chłopak ma dar do odgrywania zabawnych postaci (co wcześniej udowodnił w Kingsman: Tajne służby). Jest zabawny i ujmujący jednocześnie (nawet mimo trochę przerysowanego grymasu). Egerton wydaje się być najlepszą ekranową wersją brytyjskiego skoczka. A pomyśleć, że Edwardsowi marzyło się, by zagrał go Brad Pitt albo Tom Cruise …

kulturalnie po godzinach
THE BRONZE

W przeciwieństwie do Eddie’go zwanego Orłem, The Bronze – film Bryana Buckley’a ,speca od reklam telewizyjnych- nie jest filmem dla każdego. Przede wszystkim jest dosłowny i wulgarny. Melissa Rauch (znana jako Bernadette Marianne Rostenkowski z Teorii Wielkiego Podrywu) i jej mąż Winston Rauch pisząc scenariusz nie hamowali się ani w użyciu słowa na „f” ani innych podobnych. Po doprawieniu obrazu pikantnymi scenami seksu, The Brozne ostatecznie trafił do kategorii R. Na szczęście dosłowne albo czasami dość ordynarne fragmenty rekompensują żarty i gagi oraz nietuzinkowa postać Hope – zołzy jakich w kinie mało – sprawnie odegranej przez Melissę Rauch.

W centrum uwagi The Bronze jest Hope. Jest też w centrum uwagi całego maleńkiego miasteczka w stanie Ohio. Bohateka to była gimnastyczka, która w 2004 roku cudem (bo pomimo kontuzji) wywalczyła brązowy medal na olimpiadzie, zyskując tym samym tytuł honorowego obywatela swojego miasta, a raczej księżniczki, z którą wszyscy muszą obchodzić się jak z jajkiem (mimo, że od wspomnianego olimpijskiego sukcesu minęło ponad 10 lat). Dziś Hope, w związku z kontuzją nie może dalej ćwiczyć, ale nie zamierza też robić nic innego. Na garnuszku dobrotliwego ojca (Gary Cole), prowadzi swoją egzystencję, odcinając kupony od dawnej sławy. Nieustanne ubrana w dres z igrzysk, w swoim samochodzie przemierza ulice miasteczka, odwiedza bary i restauracje, w których nie płaci za posiłek  (jej zdjęcia wiszą przecież na ścianie), a za pieniądze wykradzione od sterozryzowanego ojca (a dokładniej z poczty, którą ojciec rozwozi) kupuje kolejne pary butów sportowych albo narkotyki od zaprzyjaźnionego dilera.

Ten high life nie trwa jednak zbyt długo. W mieście jest bowiem nowa, młodziutka gimnastyczka – Maggie (Haley Lu Richardson), która niespodziewanie trafia pod skrzydła Hope. Medalistka początkowo nie ma zamiaru ,,wychowywać” swojej na następczyni, która odbierze jej wszystkie przywileje w mieście, ale okrągła sumka, którą obiecano jest za szkolenie jest niezwykle kusząca.

The Bronze to film jednego aktora. Melissa Rauch w nieodłącznych dresach i kucyku, z lepiej-do-mnie-nie-podchodź miną rządzi na ekranie, a przy okazji – na zmianę – irytuje do granic możliwości i rozśmiesza do łez. Ale trzeba przyznać, że towarzyszący jej partnerzy też wypadają bardzo dobrze. Trudno odmówić uroku Sebastianowi Stanowi, który w roli byłego olimpijczyka rozbraja uśmiechem i sprawnością fizyczną godną Avengersów (niesamowita scena seksu z elementami gimnastyki). Fajnie wypada również znany z serialu  Dolina Krzemowa Thomas Middleditch jako Ben ,,Drgawek” Lawfort, który pragnie być drugim pilotem w teamie Hope, ale przez długi czas jest tylko stewardem.

Producentami filmu są bracia Marc i Jay Duplass, którzy niezmiennie od wielu lat kojarzeni są z festiwalem Sundace. Ich produkcje, niezależnie czy akurat je produkują, reżyserują czy w nich grają- regularnie lądują w selekcji festiwalu Sundance. Tak też było z The Bronze, który otwierał festiwal w 2015 roku, i który wtedy spotkał się z dość chłodnym przyjęciem ze strony krytyków. Warto jednak, nie sugerując się ich głosem, sprawdzić The Bronze na własnej skórze. Film dostępny na VOD.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s