Jersey Boys

Z ULICY DO MUZEUM ROCK’ N’ ROLLA 

Film wyszedł na DVD pod koniec 2014 roku i kilka ładnych tygodni przeleżał na mojej półce. Pewnie szybko bym po niego nie sięgnęła, gdyby nie zbliżająca się dużymi krokami premiera kolejnego filmu Clinta Eastwooda, Snajper. I byłby to poważny błąd, bo Jersey Boys to taki fajny film. Kto by pomyślał, że reżyser kojarzony z innymi gatunkami przeniesie kiedyś na taśmę filmową broadwayowski hit?

keyart

Jersey Boys to historia legendarnej grupy The Four Seasons, która w połowie lat 60-tych, w błyskawicznym tempie, stała się sensacją amerykańskiej sceny muzycznej. Nic Wam nie mówi ta nazwa? Nic nie szkodzi, w trakcie seansu przekonacie się jak wiele piosenek tego zespołu macie w głowie.

Mają trzy opcje: wojsko, praca dla mafii albo sława. Skoro dwie pierwsze wróżą tylko rychłą śmierć, chłopcy koncentrują się na śpiewaniu. Ale w opanowanym przez włoską mafię New Jersey ciężko byłoby cokolwiek osiągnąć bez wsparcia lokalnego bossa, Angelo „Gyp” DeCarlo (Christopher Walken). Ten – na szczęście – ma ogromną słabość do frontmana grupy Franka Valli (John Lloyd Young) i jego anielskiego głosu, który bez trudu wyciska szczere łzy z oczu mafioza. 16-letni Frank to porządny chłopak, ale Nick Massi (Michael Lomenda) i Tommy Devito (Vincent Piazza) mają sporo za uszami i regularnie lądują w więzieniu na krótkie odsiadki. Zresztą, te przestępcze ciągoty i lekkomyślność jednego z nich wpłynie na późniejsze losy zespołu. Póki co, chłopaki grają za niewielkie pieniądze w klubach. Punktem zwrotnym w ich karierze jest pojawienie się klawiszowca i autora późniejszych hitów, Boba Gaudio (Erich Bergen), który trafia do zespołu za namową Joeya Pesci (Joseph Russo). Tak, tego Pesci! Z nowymi kawałkami młodzi muzycy szybko trafiają do studia nagraniowego. Płyty sprzedają się w milionowych nakładach, a chłopaki ruszają w trasę. Jednak obok sielankowego życia toczą się ludzkie dramaty.

JERSEY BOYS

Film trwa ponad dwie godziny, jednak czas ucieka szybko. To zasługa znakomitej muzyki, humoru i doskonale wyważonej kompozycji. Reżyserowi udało się upchnąć 40-letnie dzieje zespołu w niewiele ponad 130 minutach . Choć muzyki jest sporo, to nie przysłania ona fabuły.  Wydarzenia komentują bezpośrednio do kamery główni bohaterowie, w taki sposób w jaki robił to niegdyś Woody Allen w Annie Hall czy ostatnio Kavin Spacey w House of Cards.

Eastwood nie postawił na znane twarze. Główną rolę powierzył aktorowi teatralnemu, który na Braodwayu jako Frank Valli wyśpiewał sobie nagrodę Tony. John Lloyd Young gra świetnie, a jego falset brzmi zjawiskowo. Równie dobrze radzą sobie jego partnerzy: Vincent Piazza, Erich Bergen oraz Michael Lomenda. Z tej trójki tylko Piazza może się pochwalić bogatą filmografią, obecnie gra w serialu Zakazane imperium. Niezbyt wyrazista rola trafiła się Christopherowi Walkenowi. Ale to w końcu Walken, jego obecność w obsadzie zawsze cieszy.

504946_1.1

Jednej rzeczy muszę się przyczepić, choć robię to niechętnie, bo film bardzo mi się podobał. Chodzi o straszną charakteryzację aktorów, która automatycznie przypomniała mi o dyskusji, jaka przetoczyła się przez media w ostatnich tygodniach. Chodzi o to, że w Snajperze Eastwood użył lalki zamiast dziecka. Krytycy to wypatrzyli i nie omieszkali uszczypliwie skomentować. Podobną wpadkę zalicza w Jersey Boys. Już dawno nie widziałam w kinie tak nieudanej próby postarzenia aktorów, która czyni z bohaterów nie ludzi, a karykatury. Na szczęście scena jest krótka, ale ma znaczenie dla fabuły i zespołu, który został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame. Zostaje zatem w głowie.

Filmweb klasyfikuje Jersey Boys jako musical. Jednak Brudny Harry wcale nie wchodzi na poletko Roba Marshalla i nie kręci musicalu. Na szczęście! Z tym gatunkiem łączy go najwyżej ostatnia scena (zresztą świetna). Bo Eastwood ze sztuki o czwórce utalentowanych muzyków, wielokrotnie wystawianej na Broadwayu i szczodrze nagradzanej, robi solidny dramat biograficzny ze znakomitą muzyką w tle.

Jeśli nie widzieliście jeszcze Jersey Boys, to świetnie się składa. Czeka Was przyjemny seans, po którym będziecie nucić pod nosem: Oh, what a night!

 

Reklamy

2 Comments Add yours

  1. magnolia pisze:

    zarówno „Snajper”, jak i „Jersey Boys” jeśli początkowo zaskakują jako reżyserskie wybory Eastwooda, to warto pamiętać o wcześniejszych wojennych filmach „Sztandar chwały” czy „Listy z Iwo Jimy” oraz o kompozytorskim zacięciu reżysera, który często sam tworzy muzykę do swoich filmów i parokrotnie grał/reżyserował muzyczne sceny. oczywiście to nie nie jest najlepsza argumentacja odnośnie najnowszych produkcji, ale akurat „Jersey Boys” mnie dziwią mniej niż „Snajper”, co do którego mam bardzo mieszane uczucia.

    Polubienie

    1. Kulturalnie Po Godzinach pisze:

      Snajper tematycznie mnie nie zaskakuje w ogóle. Co do Jersey Boys, to miałam na myśli film stricte muzyczny, którego do tej pory Eastwood nie miał w karierze 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s