Frankenstein (NT Live)

TEATR W KINIE, CZYLI FRANKENSTEIN NA DWA GŁOSY

Już zapomniałam o Christopherze Lee (Przekleństwo Frankensteina, reż. Terence Fisher), o Robercie De Niro (Frankenstein, reż. Kenneth Branagh). Zapomniałam nawet o Borisie Karloffie (Frankenstein, reż. James Whale). Monstrum powołane do życia przez doktora Frankensteina ma teraz twarz Jonny’ego Lee Millera! Na razie…Otóż, reżyser londyńskiego spektaklu – Danny Boyle nie mógł się zdecydować którego z aktorów obsadzić w roli potwora, a którego w roli jego stwórcy, nakazał wkuwać role obu aktorom – Benedictowi Cumberbatchowi i Millerowi… Żarty żartami, ale Boyle w ten sposób stworzył dwa alternatywne przedstawienia. I po znakomitej kreacji Millera, teraz zżera mnie ciekawość jak w roli potwora poradził sobie dystyngowany Cumberbatch…

kultura_kulturalnie po godzinach

Pomysł wystawienia Frankensteina na londyńskiej scenie narodził się w głowie dramaturga Nicka Deara już w latach dziewięćdziesiątych. Projekt szybko jednak trafił na półkę, po tym, jak w 1994 roku Branagh nakręcił film z DeNiro. Tymczasem Danny Boyle podbijał Hollywood i zdobywał Oskary (Slumdog Millioner) lub nominacje (127 godzin). Jednak w 2011 roku triumfalnie powrócił na teatralne deski z przedstawieniem, które doskonale łączy intymny dramat z imponującym widowiskiem. Spektakl w 2013 roku, z okazji 50-lecia istnienia National Theatre, wrócił do repertuaru kinowych retransmisji.

Frankestein intryguje od pierwszej sceny. Tysiące żarówek rozbłyska oślepiającym światłem, by oznajmić że na świecie pojawia się on, owoc tajemniczych eksperymentów Wiktora Frankensteina, wynik dodawania wybujałych ambicji i ogromnej wiary w możliwość pokonania śmierci. Przez pierwsze kilkanaście minut scena należy do Stworzenia. Obserwujemy jego pierwszy grymas, pierwszy krok, pierwszy wydany dźwięk i pierwsze wielkie rozczarowanie, gdy stwórca go porzuca. Zresztą rozczarowanie od teraz będzie wiernym towarzyszem Stworzenia, tak samo jak nienawiść i żądza zemsty, która zaprowadzi go aż na koniec świata śladami swojego stwórcy.

Nick Dear wyciska powieść Mary Shelley niczym cytrynę, serwująć z tej XIX – wiecznej historii świeżutki sok. Danny Boyle urozmaica ją widowiskowymi elementami (oświetlenie, scenografia), okrasza dowcipem i uzupełnia muzyką elektro w wykonaniu zespołu Underworld. Ale Frankenstein to przede wszystkim mistrzowski popis gry aktorskiej.  Przy czym postać Stworzenia, która wyraźnie dominuje w dramaturgii Deara, daje więcej możliwości. Jonny Lee Miller jest niezwykle plastyczny, posiada magnetyzm, który nie pozwala nawet na sekundę oderwać od niego wzrok, nawet gdy tylko się czołga, albo wydaje bliżej nieokreślone dźwięki. Doskonale wypadają wspólne sceny Millera i Cumberbatcha. Jest między nimi chemia, iskrzy napięcie. Spryciarz Boyle powierzając zamiennie obie role obu aktorom, doskonale wiedział co robi. Dogłębne zrozumienie obu bohaterów pozwala im na przenikanie cząstek jednej postaci w drugą. Patrząc na plakat promujący spektakl, można domniemywać, że o to Boyle’owi chodziło.

tumblr_m8tv878Uo31rn7l7mo1_500

Reklamy

One Comment Add yours

  1. Kot Bury pisze:

    Zgadzam się, spektakl znakomity. Liczę na to, że kiedyś wyemitują drugą wersję z Cumberbatchem w roli Stworzenia, mimo że podobno jest… słabsza, nie zmienia to faktu, że ogromnie chciałabym ją obejrzeć ;).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s