Ani słowa więcej

ZWYCZAJNI – NIEZWYCZAJNI
Ironią losu ostatnia rola Jamesa Gandolfini nie jest wariacją na temat Tony’ego Soprano. Aktor nie gra mafioza ani bandziora, do czego zdążyliśmy przywyknąć przez wiele lat. Nawet on sam, jak przyznaje reżyserka, miał wątpliwości, czy przyjąć rolę romantycznego i dobrodusznego Alberta w Ani słowa więcej. Choć jak na ostatnią rolę, filmowe pożegnanie może wydawać się dość skromne (film ma więcej wspólnego z produkcjami niezależnymi niż hollywoodzkim maintreamem), to jednak nie można odmówić mu uroku, subtelnego, aczkolwiek trafnego humoru.

To co mnie w Ani słowa więcej podoba się najbardziej to normalność, która jest tu wszechobecna. Nicole Holofcener nie udziwnia swojej historii, świadomie rezygnuje z niepotrzebnych dramatów, księcia na białym rumaku i przereklamowanego „żyli długo i szczęśliwie”, na rzecz zwykłych rozterek związanych z wkraczaniem ludzi dojrzałych i życiowo doświadczonych w nowy związek. Nic dziwnego, jej bohaterowie, Eva (Julia Louis-Dreyfus) i Albert (James Gandolfini) również są zupełnie zwyczajni, z bardzo przyziemnymi problemami i oczekiwaniami wobec bliskich. Masażystka Eva, nie ma lekko ani w pracy, ani w życiu prywatnym. Tak samo jak na co dzień ciąży jej ogromna torbę ze sprzętem do masażu, tak samo ciąży jej bagaż życiowych doświadczeń (nieudane małżeństwo, trudności wychowywania dorastającej córki). Alberta, również rozwiedzionego i wychowującego nastoletnią córkę, poznaje na przyjęciu i wkrótce umawia się na randkę. Choć ten misowaty i czasami niezdarny mężczyzna może wydawać się lepszym kandydatem na przyjaciela niż kochanka, Eva odnajduje w nim nie tylko bratnią duszę, ale z czasem również spore pokłady seksualności. I wszystko zapewne potoczyło by się pięknie, gdyby Eva nie zaprzyjaźniła się z byłą żoną Alberta, Marianne (Catherine Keener), która uwielbia dzielić się z nią szczegółami dotyczacego jej nieudanego małżeństwa. Początkowo Eva, nie podejrzewa, że kobieta opowiadając (oczywiście same najgorsze rzeczy) o swoim eksmężu, mówi o Albercie. Z czasem jednak wykorzystuje tę znajomość do lepszego poznania swojego nowego kochanka. Jednak ta nieuczciwa gra, nie może skończyć się szczęśliwie.

442142.1

Holofcener w swoim filmie trafnie akcentuje pewne sprawy. Mówi o miłości, ale jednocześnie udowadnia, że ta, która dopada ludzi w średnim wieku nie jest już taka prosta, jak w przypadku nastolatków. Tu często rozsądek gra pierwsze skrzypce, spychając emocje na drugi plan, nie ma motyli w brzuchu, jest zimna kalkulacja. Nie pomaga również życiowy bagaż, a nieudane małżeństwa rzutują na przyszłe związki. Wreszcie Holofcener udowadnia, jak subiektywna opinia innych może mieć niszczycielski wpływ na naszą percepcję (Albert nie był dla Marienne idealnym mężczyzna, ale przecież to nie znaczy, że nie może stworzyć szczęśliwego związku z Evą). Ale co najważniejsze reżyserka nie dramatyzuje, a wręcz przeciwnie, puszczając oko do widza, opowiada o blaskach i cieniach dojrzałych związków, przy czym odziera z prawdy nie tylko świeże realacje, jak Alberta i Evy, ale także te, które wiele lat mają już za sobą (patrz – małżeństwo Sarah i Willa). Potwierdza, że sukces tkwi w umiejętnym stosowaniu kompromisów i  akceptowaniu niedoskonałości partnera.

Za Ani słowa więcej przemawia również znakomita obsada. Tandemu Louis-Dreyfus i Gandolfini zwyczajnie nie da się nie lubić. Kradną każde ujęcie. Eva w wykonaniu Louis-Dreyfus jest urzekająca ze swoim nerwowym uśmiechem, a Gandolffini czaruje subtelnym poczuciem humoru i tym, że nie próbuje udawać kogoś kim nie jest (na niedzielną randkę zakłada pidżamę – bo tak lubi, a na brunch serwuję kanapki, zamiast wykwintnego dania). Nie gorzej wypada także drugi plan, rewelacyjna, jak zawsze, Toni Collete i ulubienica reżyserki -Catherine Keener (gra w każdej jej produkcji) oraz odtwórczynie ról nastoletnich córek – Tracey Fairaway i Eve Hewson.

Ciekawe, czy Gandolfini kiedykolwiek pomyślałby, że w ostatniej roli, w jakiej przyjdzie mu grać, będzie misiowatym, flejtuchowatym panem w średnim wieku, który nie potrafi szeptać i wyjada cebulę z guacamole? Jednak tym filmem udowodnił, że potrafił zagrać wszystko.
 _EST2566.NEF

 

Reklamy

2 Komentarze Dodaj własny

  1. Izabela D pisze:

    Szczerze? Nigdy nie oglądałam „The Sopranos” (mam nadzieję kiedyś nadrobić) i wg mnie James Gandolfini ma właśnie urodę dobrego i ciepłego człowieka 🙂 Bardzo chcę ten film obejrzeć chyba właśnie za to, że bije od niego taka naturalność. No po prostu moje najbliższe must-see!

    Polubienie

  2. A ja właśnie mam w głowie jego rolę w „Rodzinie Soprano” i ostatnio w „Zabić, jak to łatwo powiedzieć”. Dlatego rola w tym filmie trochę mnie mnie zaskoczyła, ale baaaardzo pozytywnie. Film ma fajny klimat. Może nic odkrywczego, ale niezwykle ciepły i pozytywny obraz.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s