Sztukę zwodzenia twórcy tego przedstawienia opanowali do perfekcji. Zaczyna się od zaślubin (widzowie są gośćmi weselnymi), ale po kilku minutach okazuje się, że ta scena nie ma sensu, kłóci się z historią zaprezentowaną w kolejnych, nie zgadzają się nawet imiona bohaterów. Zaczynasz nabierać podejrzeć, zachodzisz w głowę, o co tu chodzi… I gdy już się wydaje, że wiesz, twórcy serwują kolejny twist w finale.
Sam Holcroft napisał zabawnie straszny tekst o sztuce i jej znaczeniu w życiu. Historię osadził w nieznanym, postkomunistycznym kraju, gdzie rządzi biurokracja i cenzura. Jonny Lee Miller cudownie szarżuje w roli pompatycznego aparatczyka ze słabością do teatru. Tanya Reynolds zabawnie wypada jako sztywna, niezdarna asystentka, która z czasem odnajduje własną siłę.
Szkoda, że spektakl zszedł już z afisza. To była perełka współczesnej dramaturgii na West Endzie.