American Psycho | Almeida Theatre, London

Choć od premiery oryginalnej produkcji w Almeida Theatre, z Mattem Smithem i Jonathanem Baileyem w obsadzie, minęło już trzynaście lat, American Psycho w reżyserii Rupert Goold zdaje się dziś wybrzmiewać jeszcze mocniej niż wtedy.

W czasach niepokojącego wzrostu presji na niedoścignione ideały piękna, wszechobecnej próżności i coraz bardziej widocznej tzw. manosfery, satyryczny wydźwięk spektaklu trafia w samo sedno. To nie jest już tylko adaptacja książki Breta Eastona Ellisa, to aktualne lustro, w którym odbija się dzisiejsza kultura obsesji na punkcie statusu, wyglądu i dominacji.

Historia Patricka Batemana, człowieka sukcesu z Wall Street za dnia i mordercy nocą, zostaje opowiedziana w sposób, który wcale nie stawia na klasyczny mrok czy realizm. Przemoc nie jest tu dosłowna: zostaje przefiltrowana przez ruch sceniczny, choreografię i projekcje, które bardziej sugerują niż pokazują. Dzięki temu spektakl nie epatuje brutalnością. Całość przypomina długi, perfekcyjnie wyreżyserowany teledysk, pulsujący, momentami groteskowy. Sceny są świetnie zaaranżowane, często podszyte humorem, który jeszcze mocniej podkreśla absurd świata Batemana. To świat, w którym wszystko jest estetyczne, wyprasowane i idealne, aż do momentu, gdy zaczyna się rozpadać. Oryginalne utwory łatwo wpadają w ucho, a przy coverach z lat 80. noga sama zaczyna wystukiwać rytm. 

Obsada nie zawodzi ani przez moment. Przyznam, że po ogłoszeniu obsady byłam trochę rozczarowana brakiem gwiazdy w roli Batemana. Arty’ego Froushana kojarzyłam wcześniej jedynie z niewielką rolą w finałowej odsłonie Downton Abbey. Ale zagrał wyśmienicie. Jego Patrick jest magnetyczny, a jednocześnie niepokojąco wyprany z emocji, dokładnie taki, jakiego wymaga ta rola.

Jeśli ten spektakl trafi na West End (a bardzo trzymam za to kciuki), to będę pierwsza w kolejce po bilety na powtórkę.

zdjecie: Marc Brenner

Spektakl skończył już run w Almeida Theatre.