Tym razem śladem Michaela Sheena dotarłyśmy do londyńskiego Kingston. I było warto. Choć spektakl zachowuje dość klasyczną formę, urzeka spójną reżyserią i piękną, dopracowaną choreografią.
To inauguracyjny spektakl teatru, w którym Sheen pełni funkcję dyrektora artystycznego. Widać tu wyraźnie jego wrażliwość i „walijski duch”, który mocno przenika całą opowieść i nadaje jej lokalną tożsamość.
Dramat Thorntona Wildera Nasze miasto, pierwotnie osadzony na początku XX wieku w małym amerykańskim miasteczku Grover’s Corners, został przeniesiony do walijskiej rzeczywistości. Ten zabieg momentami działa bardzo dobrze, ale niektóre amerykańskie odniesienia zostały i tworzą lekkie zgrzyty, które trochę wybijają z nowego kontekstu. Rozumiem intencję, ale efekt jest tylko częściowo spójny.
Na szczególne uznanie zasługuje też bardzo mocny, zespołowy zespół aktorski, nad którym czuwa Sheen. Staje się on spoiwem łączącym wszystkie wątki. W roli mistrza ceremonii jest nie tylko charyzmatyczny, ale też wyjątkowo czuły i empatyczny, co nadaje historii jeszcze mocniejszy ludzki wymiar.
Rose Theatre, Kingston
do 28 marca
📷 Helen Murray