Melodie Gardot Live!

MELODIE ŚWIATA MELODY GARDOT
Nie ma takiej piosenki, z którą nie poradziłaby sobie Melody Gardot.  Nie ma znaczenia, czy wykonuje amerykański jazz czy brazylijską bossa novę. Nieważne, czy śpiewa po angielsku, francusku czy portugalsku, bo w każdym języku brzmi doskonale. Szkoda tylko, że nie śpiewa po polsku. Do piątego roku życia miała styczność z naszym językiem (jej babcia pochodziła z Polski). Teraz zostały jej w głowie kilka (brzydkich!) słów i smak pierogów. W tych okolicznościach, myślę, że możemy jej spokojnie wybaczyć braki w edukacji.

25 kwietnia na wrocławską scenę wkroczyła piękna i pewna siebie dziewczyna, jej głowę zdobił egzotyczny turban, na rękach błyszczały liczne bransoletki. Na nieodzowną laskę i ciemne okulary, które na co dzień zdradzają jej niepełnosprawność, nikt nawet nie zwracał uwagi. Tego wieczoru liczyła się tylko muzyka i to w najlepszym wydaniu.
Koncert promujący najnowszy krążek artystki Absence, przekornie  otworzył utwór z jej poprzedniej płyty, My One And Only Trill, The Rain. To był jednak głównie popis umiejętności wyjątkowego zespołu, który towarzyszył wokalistce podczas pobytu w Polsce (Irvin Hall – saksofon, Charles Staab – instrumenty perkusyjne, Mitchell Long – gitara). Potem już tylko Melody była w centrum uwagi, śpiewając niezwykle poruszające Goodbye i urocze If The Stars Were Mine. Nie zabrakło także innych, nastrojowych hitów, jak Your Heart Is As Black As Night czy So We Meet Again My Heartache. Jednak prawdziwy popis wokalistka dała przy Mira, z którą przenieśliśmy się do roztańczonej Brazylii. Potem był krótki przystanek w słonecznej Portugalii (utwór Lisboa). A przy okazji postoju w Paryżu (Les Etoiles), wysłuchaliśmy niezwykle zabawnej historii o grubasie w piżamie, który wraz z Melody śpiewał na paryskich ulicach przy akompaniamencie zsuwanych rolet sklepowych. Muzyczną podróż do miasta nad Sekwaną ułatwili nam znakomici muzycy, wśród których niewątpliwie wyróżniał się saksofonista, nazywany przez artystkę „Mr. Everything”. Ale koncert to również akustycznie utwory, jak Baby, I’m A Fool, jedna z najbardziej znanych melodii pochodząca z poprzedniego krążka, którą Melody wykonała sama, grając na gitarze. Niespodzianką był utwór Sodade, zmarłej przed dwoma latami Cesarii Evory, której twórczość jest dla Melody ogromną inspiracją.
Trzeba przyznać, że Amerykanka wie, jak rozgrzać publiczność. Nie tylko zmusiła ją do wspólnego śpiewania (chociażby przy żywiołowym Jemanja), ale również spowodowała, że pod koniec koncertu, wszyscy wstali z wygodnych foteli, a nawet pobiegli pod scenę. Bez bisów nie mogło się obyć. Po świetnym kilkuminutowym popisie gitarzysty, grającego rewelacyjnie, tym razem, na tamburynie, Melody pożegnała się z publicznością Gershwinowskim utworem Summertime, do którego znakomicie wkomponowała fragment przeboju Fever.
Melody Gardot zabrała nas w dwugodzinną fascynującą podróż w różne zakątki świata. Aż nie chciało się wracać do domu. Szkoda tylko, że na następny koncert przyjdzie nam czekać, pewnie (i oby!) do następnej płyty.
___________________
tekst: Agnieszka
Melody Gardot, Absence tour
Wrocław, Sala Audytoryjna Wrocławskiego Centrum Kongresowego
25 kwietnia 2013
Zdjęcie :  thetimes.co.uk
Reklamy

One Comment Add yours

  1. Anonimowy pisze:

    Byłem!!! Melody rewelacyjna. Piękna i zabawna. Muzycy też dawali radę, zwłaszcza saksofonista co grał na dwóch saksofonach jednocześnie, no i gość z tamburynkiem. Szacun!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s